Masz konto? Zaloguj się
Ostatni sezon serialu „Brexit” rozpoczął się od ucieczki jednego z głównych bohaterów. Dominic Raab, brytyjski minister odpowiedzialny za rozmowy z Brukselą, uznał, że nie może się podpisać pod ogłoszonym w minionym tygodniu porozumieniem, które sam negocjował – i podał się do dymisji. W tarapatach znalazła się premier Theresa May: zdobyła wprawdzie w tej sprawie poparcie swojego rządu, ale dopiero najbliższe dni pokażą, czy wygra też w parlamencie, a wręcz – czy sama pozostanie na stanowisku. W chwili zamykania tego numeru „Tygodnika” grupa przeciwnych porozumieniu członków jej własnej Partii Konserwatywnej wciąż szukała posłów, którzy byliby skłonni poprzeć ewentualny wniosek o wotum nieufności wobec May.
Biorąc pod uwagę takie okoliczności nie powinno dziwić, że choć w 585-stronicowym dokumencie – efekcie kilkunastu miesięcy brytyjsko-unijnych negocjacji, mającym uregulować procedurę brexitu – nie znalazło się nic zaskakującego, to w ostatnich dniach wykres wartości funta znów przypominał chwilami opadające przepaścią ku morzu białe klify Dover. Unia wygrała bowiem starcie z Wielką Brytanią: stanęła do negocjacji wyjątkowo zjednoczona, broniąc zasady, że uczestnictwo we wspólnym rynku musi oznaczać akceptację dla m.in. wolności przekraczania granic, i zmuszając Londyn do ustępstw.
Efekt? W unijnym referendum dwa i pół roku temu 52 proc. Brytyjczyków zagłosowało za „odzyskaniem kontroli” nad swoim państwem. Tymczasem w minionym tygodniu znacznie więcej zdało sobie sprawę z tego, że opuszczając Wspólnotę, częściowo tę kontrolę straci. Zjednoczone Królestwo przestanie być członkiem Unii w piątek 29 marca 2019 r. o godzinie 23 czasu londyńskiego. Rozpocznie się wtedy 22-miesięczny okres przejściowy (z możliwością przedłużenia, jak zapowiada Unia, do końca 2022 r.), podczas którego Brytyjczycy wciąż będą wpłacać do budżetu Unii ok. 9 mld funtów rocznie, sądy na Wyspach będą wciąż podlegać orzecznictwu Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, zostanie utrzymana swoboda przemieszczania się obywateli Unii przez brytyjską granicę, a Londyn wciąż będzie musiał stosować się do unijnych zasad handlu z krajami trzecimi. To wszystko kosztem braku politycznej reprezentacji w Unii i jakiegokolwiek wpływu na decyzje, także te, które mogą szkodzić Wielkiej Brytanii.
W niedzielę 25 listopada, na specjalnie zwołanym szczycie, wynik negocjacji mają zaakceptować przywódcy Unii. Prawdopodobnie na początku grudnia będzie głosować nad nim brytyjski parlament. Jeśli opowie się przeciw – a jest to bardzo prawdopodobne – wtedy rząd w Londynie będzie miał trzy tygodnie na przedstawienie nowego planu: opuszczenia Unii bez żadnego porozumienia, próby renegocjacji obecnego (ale Bruksela twardo zapowiada, że nie ma o tym mowy) lub ogłoszenia w Wielkiej Brytanii nowych wyborów. Do tych samych efektów może doprowadzić odrzucenie przez parlament (na początku 2019 r.) przygotowanej na podstawie porozumienia ustawy w sprawie wyjścia z Unii.
Czy do brexitu może jeszcze w ogóle nie dojść? To mało prawdopodobne, lecz ciągle możliwe. Premier May sprzeciwia się pomysłowi powtórnego referendum, ale nieco śmielej mówią już o nim nawet niektórzy członkowie jej partii. W sytuacji politycznego chaosu na Wyspach zakończenie trwającego trzy lata serialu „Brexit” decyzją o pozostaniu w Unii byłoby przecież bardzo brytyjskie: trochę absurdalne, trochę surrealistyczne, ale wciąż – najbardziej pragmatyczne. ©℗
Tekst ukończono w poniedziałek 19 listopada.